Mam przed sobą The China Post (anglojęzyczną gazetę tajwańską) z siódmego października. Na stronie tytułowej największe kolorowe zdjęcie przedstawia zwłoki człowieka i stojącą przy nich płaczącą kobietę. Obok zdjęcia równie wielki nagłówek: ,,Notorious killer Chen executed". W rogu tego dużego zdjęcia znajduje się jeszcze jedno zdjęcie, małe, ukazujące mężczyznę w średnim wieku, dobrze zbudowanego, ubranego w białą podkoszulkę, poważnego, wpatrzonego w dal. Nie ma żadnego dodatkowego podpisu pod tym małym zdjęciem, lecz wiadomo, że jest to ta sama osoba: tuż przed wykonaniem wyroku i po. Gdybym mógł, zmieniłbym nagłówek artykułu i zamiast pisać ,,Słynny morderca Chen rozstrzelany" zatytułowałbym go: ,,Za pięć minut ujrzę Chrystusa". Kim więc był i kim jest mężczyzna z fotografii, Chen Chin-hsing?
Jak minęło dzieciństwo, młodość Chin-hsinga nie wiemy. Jedno jest pewne: historia jego życia to historia grzechu. Nazwisko Chena pojawiło się w gazetach i w telewizji w związku z porwaniem 17-letniej córki tajwańskiej piosenkarki estradowej, Pai Ping-ping w kwietniu 1997 roku. Nie wykluczone, że jednym z motywów porwania była zemsta, gdyż nie żyjący już ojciec dziewczyny niegdyś sam prowadził działalność kryminalną (m.in. porywał bogatych Japończyków). Po uprowadzeniu córki trzej bandyci zażądali od matki okupu, a wkrótce potem przesłali jej odcięty mały palec dłoni młodej Pai. Tragedia ta wywołała niesamowite oburzenie Tajwańczyków, które częściowo zwróciło się także przeciwko policji, bezradnej wobec narastającej fali przestępczości.
W odpowiedzi na powszechne niezadowolenie, policja zaangażowała ogromne siły personalne i techniczne w celu ujęcia bandytów. Po paru dniach ustalono tożsamość porywaczy oraz miejsce ich pobytu. W czasie obławy w akcji uczestniczyło nawet wojsko. Mimo to, próba pojmania bandytów nie powiodła się. Policja znalazła martwe ciało dziewczyny, a porywaczom udało się zbiec. W miastach i wioskach całej 22-milionowej wyspy pojawiły się listy gończe. Rozpoczął się pościg za trzema, najbardziej groźnymi mordercami Tajwanu, Chen Chin-hsing był jednym z nich.
Po paru miesiącach kolejna tragiczna wiadomość obiegła kraj. Trzej uzbrojeni mężczyźni sterroryzowali personel jednej z prywatnych klinik, domagając się wykonania operacji plastycznych twarzy. Gdy bandyci zauważyli, że jedna z pielęgniarek próbowała poinformować policję otworzyli ogień. Zabito osiem osób. Chin-hsing zastrzelił troje z nich.
W trakcie ośmiu miesięcy od porwania Pai do chwili aresztowania, Chin-hsing popełnił jeszcze wiele innych przestępstw: rozbojów i gwałtów. W tym czasie były jednak na Tajwanie osoby, które gorąco modliły się o nawrócenie bandytów. Pewną siostrę zakonną, która nigdy nie straciła takiej nadziei, poznałem osobiście. Nadszedł dzień 18 listopada 1997. Policja odkryła miejsce pobytu Chena i jego dwóch towarzyszy. Bandyci ukrywali się w północnej dzielnicy Taipei w Peitou, czyli zaledwie 15 minut jazdy metrem od naszego Centrum Misyjnego.
W trakcie strzelaniny zginęli obaj wspólnicy Chena. Jemu samemu udało się przedostać na teren byłej Ambasady RPA, w której przebywała rodzina południowoafrykańskiego attache wojskowego Alexandra McGilla. Przez 24 godziny Chin-hsing przetrzymywał obcokrajowców jako zakładników. Dwaj członkowie rodziny dyplomaty zostali ranieni w czasie wymiany ognia z policją.
Decydującą chwilą całego zdarzenia (i całego życia Chena) był moment, gdy córka attache pokazała mordercy obrazek przedstawiający Chrystusa oraz namalowane na kartce białego papieru dwa serca. Nie wiem czy w tym samym czasie, czy też później, żona attache podeszła do Chen Chin-hsinga i powiedziała: ,,Bóg cię kocha". Następnie objęła go jak najlepszego przyjaciela. W sercu Chena zaszło coś dziwnego; coś, czego wtedy jeszcze nie rozumiał. Ku zaskoczeniu wszystkich -- Chen oddał się w ręce policji.
Dwa miesiące później, gdy pastor Huang odwiedził Chin-hsinga w jego celi, aresztowany padł na kolana i wybuchnął płaczem, wyznając przy tym wszystkie zbrodnie i grzechy. Według słów pastora, Chen zaczął codziennie czytać Pismo Święte i modlić się. Wielokrotny morderca złożył swą całkowitą nadzieję w Bogu. Ufał niezachwianie, że Pan odpuści mu wszystkie grzechy dotychczasowego życia. Obawiał się natomiast o swą rodzinę, gdyż wiedział, że społeczeństwo tajwańskie nie zaakceptuje ani jego żony ani dzieci. Powszechnie uważa się tutaj, że za przestępstwa rodziców ,,niebo" karze także potomstwo. Pastor zapewnił Chena, że dla jego najbliższych drzwi do wspólnoty chrześcijańskiej będą zawsze szeroko otwarte.
W czasie oczekiwania na wykonanie wyroku Chen opisał swoje nienormalne dzieciństwo oraz ciemną stronę swego całego życia w nadziei, że uchroni w ten sposób wielu młodych ludzi przed wstępowaniem na drogę przestępczą. W zapiskach, które wkrótce zostaną opublikowane, skazany daje również świadectwo miłości, z jaką przygarnęli go chrześcijanie. Przed rozstrzelaniem Chen powiedział pastorowi: ,,Umieram dla grzechu, aby żyć dla Boga".
Cała ta historia jest bardzo czytelnym znakiem Bożego Miłosierdzia, jednakże dla wielu nie-chrześcijan mówienie o przebaczeniu, o radości z nawrócenia się jednej zabłąkanej duszy jest wielkim zgorszeniem. Krytykują nas, chrześcijan, że nie potrafimy odróżnić dobra od zła, tak szybko czyniąc z mordercy prawie świętego. Jak wiemy, w buddyzmie podkreśla się, że trzeba ,,wypracowywać swoje zbawienie" przechodząc wiele cierpień i wcieleń. Ministerstwo Sprawiedliwości obawia się, że wydanie książki Chena okaże się nie przestrogą dla potencjalnych kryminalistów, lecz zachętą do szukania w chrześcijaństwie ,,łatwej drogi" do wymazania win i osiągnięcia zbawienia.
Kończę tę historię dzisiaj, t.j. 1-go listopada, gdy Kościół czci Wszystkich Świętych. Nie zapominajmy, że pierwszym świętym był łotr, który usłyszał słowa Chrystusa: ,,Dziś ze Mną będziesz w raju".