Strona domowa Przyklady wiary - katalog Poprzednie


Gosia Nawrocka

Wigilia na skraju Sahary



Z zadumy wyrwało mnie nawoływanie z meczetu, wzywające wiernych na modlitwę. Przez moment ujrzałam znowu skrzący się śnieg, barwną choinkę, moich bliskich zebranych przy świątecznym stole, zapachniało mi ciastami, barszczem i zimowym powietrzem. Jutro Boże Narodzenie. Nigdzie jednak nie widać świątecznych dekoracji, a śnieg zobaczyć można tylko w telewizji.

Jestem w Mali, kraju leżącym w Afryce Zachodniej. Chociaż Islam praktykowany jest przez większość mieszkańców, to Dzień Bożego Narodzenia jest oficjalnie dniem wolnym od pracy. Święta Bożego Narodzenia nie straciły tutaj nic ze swego znaczenia. Może też z braku dodatków: choinki, prezentów i śniegu, więcej myślimy o tym, co wydarzyło się dwa tysiące lat temu i co oznacza to dla nas dzisiaj.

W Wigilijny wieczór spotykamy się w kościele. Jest to czas radości, prawdziwe świętowanie. Tak niewielu nas chrześcijan w tym kraju, że nie można zaprzepaścić okazji, by naszym muzułmańskim sąsiadom i znajomym nie przybliżyć choć trochę kim jest Jezus narodzony w Betlejem. Nasz zbudowany z gliny budynek kościelny dosłownie pęka w szwach. Wszyscy maksymalnie ściśnięci w ławkach, a nadal tłum na dworze. Wiele dzieci siedzi w oknach (tutaj nie ma szyb), inni zmuszeni są zostać na dworze. Chociaż jest to święto chrześcijan, co roku wielu zaproszonych towarzyszy nam w nabożeństwie. Nabożeństwo jest w urzędowym języku Mali -- francuskim, lecz wiem, że wielu nie jest w stanie wszystkiego zrozumieć. W Mali występuje ponad 30 języków. Tutaj w Gao, w jedynym kościele na północy kraju, używanych jest siedem czy osiem. A dziś jest czas radości, którą można wyrazić śpiewając kolędy w ojczystych językach. Każda grupa etniczna przygotowała coś na tę okazję. A każdy język jest taki piękny i bogaty: ciepło brzmiący sonrai, po nim pełen gardłowych dźwięków tamaszek, dalej dogon, bambara... Nie udało mi się ukryć -- i tutaj w głębi Afryki, na skraju Sahary, rozbrzmiewają także słowa polskiej kolędy.

Po raz pierwszy w swoim języku

To Boże Narodzenie jest jednak szczególne dla Tuaregów, nomadów żyjących w bardzo trudnych warunkach w pobliżu Sahary. Po raz pierwszy w historii ich plemienia mogą usłyszeć historię Narodzenia czytaną w ich ojczystym języku. Od kilku już lat trwa tłumaczenie Pisma Świętego na język Tamaszek, a w 1998 roku ukazała się pierwsza księga -- Ewangelia Łukasza. Przebyła ona długą drogę z drukarni ,,Nowe Życie" w Gdańsku, aż tutaj do Mali. Ta Ewangelia to dar wielu polskich chrześcijan, którzy sfinansowali jej druk i transport do Afryki.

Wiele twarzy Tuaregów zgromadzonych w ten wieczór w kościele zasłoniętych jest turbanami, (tego nakrycia głowy nie trzeba ściągać nawet w świątyni). Utrudnia mi to zaobserwowanie ich reakcji. Dopiero po skończonym nabożeństwie słyszę słowa radości i dumy, że w końcu po tylu latach Bóg mówi też w ich ojczystym języku. Rozchodzimy się około północy. Jakże szybko minęły te cztery godziny. Rano spotkamy się znowu, by przy dźwiękach tam-tamu, kalabaszy, wyśpiewywać naszą radość z narodzin Jezusa. A potem razem, wszyscy chrześcijanie spotkamy się na obiedzie. Nie będzie to przy świątecznym stole. Raczej tak z jednej misy, używając rąk zamiast sztućców; kobiety i mężczyźni w dwóch różnych grupach, szukając cienia pod palmami. Wielu naszych muzułmańskich znajomych przyjdzie składać nam życzenia. Taki tu zwyczaj. Tłumy dzieci będą dopominać się o  jakiś drobny dar. Dopiero późnym popołudniem rozejdziemy się do domów, zmęczeni upałem, śpiewem i rozmowami.

Jakże inne to Boże Narodzenie. Gdzieś w głębi tęsknota ogromna za tym, co pamiętam z Polski, ale większą niż ta tęsknota jest radość z narodzin Zbawiciela, wyrażana dziś na całym świecie, czy to w zimowy poranek w Polsce, czy w upale, na wysuszonej malijskiej ziemi. Może być przy dźwięku organów lub tam-tamów. Ta sama radość nie zna granic językowych ani etnicznych. Wszak narodził się Zbawiciel, dając równą szansę nam wszystkim na całej ziemi.

Co przyniósł mijający rok?

Mija rok od naszego powrotu do Mali i muszę westchnąć: co za rok! Jeśli macie ochotę na małą przejażdżkę w głąb Afryki -- zapraszam. Odkąd pamiętam zawsze marzyłam o podróżach do dalekich krajów. Zanim poznałam osobiście Zbawiciela, miało to być tak dla przyjemności. Potem, z Jezusem -- aby zanieść Jego Wodę Żywą tym, którzy są spragnieni i ginący. Tutaj w Gao, na skraju Sahary, pragnienie jest czymś tak dobrze znanym: to fizyczne, ale także to duchowe, nie zaspokojone przez Islam.

Afryka kojarzy się oczywiście z... Egzotyką! Gao, gdzie mieszkamy, nie da się porównać z żadnym miejscem w Polsce: domy z gliny, piach, upał ponad 40 stopni przez większą cześć roku; dziewięć, a czasem więcej miesięcy bez kropli deszczu. Egzotyczne są barwne stroje, wielbłądy, potrawy i obyczaje, nawoływania z meczetów pięć razy dziennie wzywające na modlitwę.

Egzotyczne jest życie w kraju, gdzie używa się ponad 30 języków, gdzie tak wielu ludzi nigdy nie było w szkole, i gdzie tak wiele dzieci umiera z niedożywienia i niewiedzy. A kiedy po kilkunastu miesiącach to, co egzotyczne staje się częścią codziennego życia, możemy powiedzieć, że przestajemy być turystami. Mali, a w nim Gao, stało się moim domem, moją drugą ojczyzną. Choć to nie Polska, ta została wiele tysięcy kilometrów stąd, to oddaję chwałę Bogu za to, że przesadził mnie tutaj, dodał sił i odwagi, by zapuścić korzenie i wydawać owoce dla swojej chwały.


Gosia Nawrocka pochodzi z Legnicy, z zawodu jest położną. Wraz z mężem Ibrahimem od ponad pięciu lat pracują nad tłumaczeniem Nowego Testamentu dla Tuaregów. Mają dwie córeczki, Yemimę i Lidię.
Opracował Jerzy Marcol - BSM
Czytaj: Ewangelia dla Tuaregów

 




Strona domowa Przyklady wiary - katalog Poprzednie © Wiatr