Strona domowa To jest zycie! Poprzednie


Adam

Polska misja w Kazachstanie


Kiedy pół roku temu zawitałem do gabinetu wykładowcy przedmiotu ,,Wstęp do misji" w celu omówienia ewentualnego mojego wyjazdu do Kazachstanu, w mojej głowie miałem tylko dwa pytania: Po co? I czy nie jest to marnowanie środków które ludzie tam mogliby wykorzystać o wiele lepiej? Po krótkiej męskiej rozmowie nie tylko byłem przekonany że pojadę, ale także rozwiały się moje marzenia o wielkich rzeczach, jakie będę może mógł dokonać przez te dwa tygodnie w Ałma-Acie. Zamiast tego zacząłem się spodziewać, że raczej to Ci ludzie będę większym błogosławieństwem dla mnie niż ja dla nich ...

Rzeczywiście misja to dawanie i branie, przy czym ten, który na nią wyjeżdża, dostaje nie tylko więcej niż przywiózł, ale więcej niż może zabrać z powrotem...

Chciałbym trochę napisać o tym, co mieliśmy przyjemność dać i dostać przez te dwa tygodnie w Kazachstanie, kiedy to mogłem lepiej przyjrzeć się pracy Zbyszka i Asi Pawlaków oraz Kasi Jarosz.

Co daliśmy?

W skład naszej ,,drużyny" wchodzili: Marek z żoną Agnieszką i synem Piotrusiem, Tom i Christie. Jako że Marek, Tom, Christie i moja skromna osoba dość biegle posługujemy się językiem angielskim, Zbyszek postanowił wykorzystać to do zorganizowania weekendowego wyjazdu w góry (Tien Szan) do ośrodka, w którym przeprowadziliśmy intensywny kurs ,,Business English". Na kurs zaproszono ludzi na co dzień pracujących w firmie, w której pracuje też Zbyszek. Oprócz angielskiego mieliśmy też czas, aby opowiedzieć o sobie i pomóc Zbyszkowi odnaleźć wśród jego kolegów i koleżanek z pracy tych, którzy chcieliby poznać Boga.

Drugi weekend spędziliśmy na wyjeździe w góry, całkowicie zaaranżowanym przez wierzących Kazachów. Tym razem bez Zbyszka, Asi i Kasi mieliśmy znów okazję do opowiadania o Bogu przyjaciołom naszych wierzących organizatorów.

Pozostałe dni upłynęły nam na poznawaniu dość dużej już grupki ludzi, którzy nawrócili się przez kontakt z misjonarzami. Sprzyjał temu fakt, że każde z nas mieszkało gdzie indziej. Ja trafiłem do chłopaka w moim wieku, studenta ekonomii imieniem Siereck. Nasze rozmowy często kończyły się o dość dziwnych dla Europejczyka porach, na przykład o 3:00 nad ranem, co świadczyło na pewno o sympatii, którą wyraża się w tamtej kulturze w ten właśnie sposób.

Poza tym wszystkim razem z Tomem mieliśmy okazję, aby poznać wierzących chłopaków i poopowiadać im o tym co Bóg robi w Polsce. Marek i Agnieszka poprowadzili kurs dla małżeństw a Christie pomagała Kasi w pracy z dziewczynami.

A co dostaliśmy?

Tutaj nie odważę się mówić za moich przyjaciół, więc pozwolę sobie ten rozdział poświęcić sobie, 21 letniemu studentowi informatyki, w jakimś tam sensie będącym reprezentantem tego jak ludzie w moim wieku patrzą na życie, misje i Kościół. Chciałbym to zrobić w dość typowy i usystematyzowany w podpunkty sposób, gdyż jest tego tyle, że inna forma na pewno uśpiłaby szanownego czytelnika już samą swoją objętością:

Przede wszystkim:

1. Naprostowałem moje dość negatywne spojrzenie na misje. Dziś zupełnie inaczej patrzę na to zagadnienie. Widzę że jest to praca wspaniała, choć niełatwa, i że Bóg się do niej przyznaje w niesamowity sposób. Dziś już nie spytam: Po co?

2. Zrozumiałem jak paranoidalne jest uprawianie misji i nie pracowanie w kierunku nauki języka. Odczułem trochę ból bariery językowej i myślę że nabrałem więcej szacunku do tych misjonarzy w Polsce, którzy nad tym pracują.

3. Bóg od dłuższego czasu pokazywał mi ciekawe rzeczy odnośnie nowych metod ewangelizacji. Być może powoli krystalizuje się moje widzenie własnej służby, a jeśli nawet nie to mam parę nowych pomysłów. W końcu mam już 21 lat i najwyższy czas zacząć myśleć nad tym, co będę dla Boga w życiu robił!

4. Generalnie odkryłem jak wiele rzeczy, które dla nas wydają się oczywiste, dla tamtej kultury takie nie są. Jak wiele rzeczy które dla nas są np. negatywne dla innych są pozytywne tylko dlatego, że są kulturowe a nie biblijne .To niesamowite i czasem dość trudne, kiedy człowiek ląduje w tak odległym kulturowo kraju. Ale jest to zarazem błogosławieństwo lepszego zrozumienia swoich własnych przyzwyczajeń i oddzielenia ich od esencji ewangelii. (tu kontrowersyjnym przykładem może być np. judo lub karate bywające, na Dalekim Wschodzie, rzadko obciążone duchowym balastem ale za to będące sportem tak narodowym jak dla nas piłka nożna, nad która przecież nikt się nie zastanawia czy można ja uprawiać będąc wierzącym)

5. Syndrom Cebuli. Przenosząc ewangelie do innego kraju, trzeba ja obrać z kulturowej skórki, tak aby przenieść jej esencję (np. ryż, który służy na Dalekim Wschodzie jako chleb do Wieczerzy...itp.) Wielu misjonarzy boi się tego, bo podświadomie obawiają się, że gdy obiorą ewangelię z form to nic im nie zostanie.

O wiele łatwiej jest zmuszać tubylców do śpiewania tak cudownych przecież dla nas pieśni z tak wspaniałych śpiewników niż motywować ich, aby samemu tworzyli swoje psalmy.

Zbyszek, Asia i Kasia tacy nie są. Doskonale rozumieją tą zasadę i stosują ją codziennie.

Byłem pod wrażeniem Zbyszka (i nie tylko jego) miłości do kultury Kazachskiej. Nic dziwnego, że Bóg przyznaje się do jego służby, skoro potrafi on wykorzystać naturalne ,,pomosty" w kulturze tego narodu, po których można przenieść ewangelię (np. nie ,,Jezus" ale muzułmańskie ,,Isa". ,,Jezus" Kazachom kojarzy się z armią rusyfikujących ortodoksów, a później komunistów niszczących ich kraj, natomiast ,,Isa" jest neutralne, a w dodatku wszyscy wiedzą o kogo chodzi, bo tak właśnie Koran nazywa Jezusa. To samo ze słowem ,,Bóg" --> ,,Qudai" i ,,Swietłaja Kniga" ,,Kier'yki Tab" zamiast rosyjskiego ,,Biblia")

Takim ,,pomostem" jest na przykład muzułmańskie składanie rak w modlitwie zamiast naszego zachodniego zaplatania palców i wiele innych drobnych rzeczy, które powodują że ewangelia nie jest obca, jest ,,nasza", swojska.

Dzięki temu Zbyszek jest postrzegany nie jako misjonarz z Zachodu, ale jak Iman (!) czyli Ten Który Zna Qudai'a.

I o to właśnie chodzi. Czy ktoś teraz może się jeszcze zastanawiać i dziwić temu, że ludzie z takim zapałem odpowiadają na ewangelię? Skoro to jest ,,ich" Bóg i ,,ich" chrześcijaństwo, to czemu nie!

6. ,,W jaki sposób Bóg pomaga ci żyć na co dzień?" -- Takie, i podobne im, nokautujące pytania usłyszałem wiele razy przez te dwa tygodnie. U nas, na Zachodzie, rzadko słyszy się takie bezpośrednio-praktyczne pytania. Właściwie są czasem postrzegane jako nie na miejscu. Bezpieczniej jest walczyć o to, czy zbawienie jest utracalne czy nieutracalne bo to jest mniej osobiste i nie wymaga osobistego dzielenia się swoimi często wątłymi przeżyciami z Bogiem.

7. Byłem zafascynowany tym, jak ci misjonarze poświęcają się dla ludzi wokoło nich. Żywcem czasem wypruwają sobie żyły. I nagle uderzyło mnie to, że nie ma zbyt wiele usprawiedliwienia dla tego żebym ja miał się tutaj zachowywać inaczej. Nie mam nawet usprawiedliwienia do zachowywania się inaczej wobec niechrześcijan.

My TEŻ jesteśmy misjonarzami tam gdzie żyjemy, wiec nie ma powodu dla którego mielibyśmy ,,luzować" sobie w relacjach międzyludzkich. ,,Luzować" w moim słowniku oznacza: popadać w protekcjonizm swojego terytorium. Oczywiście to nie jest tak, że wszyscy mamy wszystkim opowiadać o wszystkim itd. ale chodzi o to, że nie ma wiele usprawiedliwień dla odrzucania czyjejś prośby o pomoc gdy podejrzewamy, że ten ktoś ma nie do końca szczere zamiary itd. Jezus jest idealnym przykładem dla nas wszystkich (misjonarzy) bo był misjonarzem. To On wypruwał z siebie żyły dla ludzi, to On WIEDZIAŁ, że Judasz go zdradzi ale wciąż z nim pracował... Kiedy tak na to spojrzymy to nagle nasze JA rozmywa się w Bogu. Przestaje być ważne że ktoś chce nas zranić i my nie chcemy się na niego otworzyć. Przestają być ważne NASZE bóle, NASZE obawy, NASZA prywatność, NASZE złe odczucia, NASZE oburzenie, NASZE zgorszenie (tym paskudnym grzesznikiem albo słabym bratem), przestaje być ważne to ze INNI nie są tacy jak powinni...itd.

Oczywiście nie chcę generalizować, ale dorzucając do tego odrobinę Bożej mądrości, myślę że jesteśmy bliżej jego woli....

Tę całą stertę podarunków otrzymałem zupełnie nie zasługując na nie. Jestem wdzięczny Bogu za to i dziękuję Mu rano i wieczorem za to wszystko co zobaczyłem i usłyszałem w Kazachstanie.

Wszystkie powyższe rzeczy, wszystko co udało nam się zrobić przez Jezusa Chrystusa, zawdzięczamy jedynie Jemu i Jego Łasce. To Jemu należy się cała chwała i moc. Jemu niech będą dzięki. Amen.

Na koniec chciałbym jeszcze prosić o modlitwę za Quanish'a. Człowiek ten skończył szkołę lotniczą i może pilotować samoloty pasażerskie. Niestety, do dziś nie znalazł pracy. Ma żonę i córkę. Wyjechał do byłej stolicy w poszukiwaniu pracy. Mieszka z żoną i siostrą w jednopokojowym mieszkaniu w bloku. Ich córka została kilka tysięcy kilometrów na północ, u dziadków i będzie mogła dołączyć do rodziców dopiero gdy ojciec znajdzie stałą pracę. Sytuacja na rynku pracy jest delikatnie mówiąc tragiczna, dlatego tym bardziej chciałbym zachęcić do modlitwy o tę sprawę.

 

Adam

 

Z ostatniej chwili: Quanish, dostał prace i jest szansa że będzie latał! Graniczyło to wcześniej z cudem. Chwała Panu!


Adam -- Biblijne Seminarium Teologiczne we Wrocławiu

 




Strona domowa To jest zycie! Poprzednie © Wiatr