Strona domowa To jest zycie! Poprzednie

ZAWSZE SZUKAŁEM SZCZĘŚCIA

Odkąd sięgam pamięcią wstecz, zawsze szukałem szczęścia.  Twierdziłem, że urodziłem się po to, aby być szczęśliwym, aby robić to, co mi się podoba, co daje mi radość. Swoje poszukiwania zacząłem dawno, a szukałem na różne sposoby. Pamiętam, jak 5 lat temu zacząłem słuchać muzyki rockowej. Myślałem, że ta muzyka da mi szczęście. Kupowałem kasety i nagrywałem różne kawałki. Po pewnym czasie przerzuciłem się na muzykę psychodeliczną w wykonaniu zespołu The Cure. Słuchałem jej bardzo dużo. Kupiłem sobie także gitarę basową i zacząłem na niej grać kawałki The Cure.

W pewnym momencie stwierdziłem, że ta muzyka nie daje mi szczęścia a wręcz przeciwnie. Zaczęły mi przychodzić myśli pesymistyczne, myśli o śmierci. Chciałem przestać słuchać tej muzyki, ale nie potrafiłem. Wtedy zacząłem szukać gdzie indziej. Pomyślałem, że może pieniądze dadzą mi szczęście. Akurat nadarzyła się okazja, aby załapać się do pracy. Nielegalnej, ale dobrze płatnej pracy. Zacząłem jeździć do Chałupek i na przejściu granicznym myłem szyby samochodowe. Jestes spragniony?

Wtedy też wpadłem w towarzystwo ludzi z marginesu. Zacząłem przeklinać, bo był to jedyny język, którym można było się porozumieć z ludźmi, z którymi pracowałem. Miałem paszport, więc po pracy, z koronami w kieszeni przechodziłem do Czech po piwo.

W tym czasie od poniedziałku do piątku mieszkałem w Katowicach w internacie. Tam chodziłem do technikum. W internacie mieszkałem razem z dwoma ludźmi z Raciborza. Nie zawsze się lubiliśmy. Często trwały pomiędzy nami wojny, kłótnie. Aż... Aż pewnego wiosennego dnia 1992 ci ludzie zaczęli czytać Biblię. Co więcej, stali się mili, uprzejmi i za żadne skarby nie dało się ich sprowokować do bójki czy kłótni. Wiedziałem, że coś się z nimi stało.

Pamiętam jak w czerwcu 1992 pewnego wieczoru zaczęli mi mówić o Jezusie. Oczywiście pomyślałem: o kim oni chcą ze mną rozmawiać? Przecież chodzę do kościoła, modlę się. Ja znam Jezusa. Lecz okazało się inaczej. Jeden z nich spytał mnie, czy się modlę. Odpowiedziałem, że tak. Przecież widzieli, jak co wieczór klękałem do modlitwy. Zadali mi wtedy pytanie czym jest dla mnie modlitwa. Odpowiedziałem, że jest to rozmowa, dialog z Bogiem. Wtedy spytali mnie czy słyszę Boga. Zdziwiłem się. Jak mam słyszeć Boga? Ja tylko do Niego mówię i mam niekiedy nadzieję, że coś zrobi. Ale słyszeć Go?

Wtedy oni powiedzieli mi, że też się modlą i ... słyszą głos Boga, że Bóg do nich mówi. Zainteresowało mnie to. Powiedzieli mi także, że Bóg potrafi odpowiedzieć na moje modlitwy, że ma dla mojego życia wspaniały plan. Wspaniały plan? Przecież tego szukałem, szukałem wspaniałego życia w szczęściu i radości. Powiedzieli mi także, że Jezus jest dżentelmenem, stoi u drzwi i czeka, aż Go zaproszę do mojego życia. On sam nie będzie się wpychał. Jeżeli ja powiem Mu "TAK, Jezu, zacznij działać w moim życiu, zostań moim Panem", to wtedy będę widział prawdziwą radość i szczęście.

To, co mi powiedzieli było dla mnie lepsze od jakiejkolwiek reklamy. Pomyślałem sobie, że przecież nic nie ryzykuję, że mogę spróbować. Wtedy zaprosiłem Jezusa do swojego życia, wyznałem Mu swe grzechy. Wiedziałem, że wiele złego zrobiłem. Powiedziałem Mu, że nawet nie pamiętam tego wszystkiego, ale chcę, aby On zabrał te grzechy, aby mi je przebaczył.

Co się potem stało? Następnego dnia, gdy wstałem, przestałem przeklinać. Jezus wziął ode mnie ten nałóg z dnia na dzień, od razu. Od razu także przestało mnie ciągnąć do piwa. Nie piję od tamtej chwili.

Inaczej było z muzyką. Trudno było mi się od niej odzwyczaić. Pamiętam, jak pewnego wieczoru szedłem po Katowicach i usłyszałem głos Jezusa: "Spróbuj nie słuchać tej muzyki przez tydzień. Jak po tygodniu będzie ci się ona dalej podobać - to będziesz mógł jej dalej słuchać. W tym  tygodniu słuchaj muzyki chrześcijańskiej." Zgodziłem się. Zostawiłem wszystkie kasety w domu i pojechałem do internatu. Minął tydzień. Przyszedł do mnie kolega i zaproponował mi, abym puścił coś The Cure. Puściłem. I co się wtedy stało? Słyszałem z głośnika magnetofonu jęki i zawodzenia. Nie podobała mi się ta muzyka - co więcej - zaczęła mnie boleć głowa.

Tak Jezus zabrał ode mnie ten nałóg i dał mi za to o wiele więcej. Byłem kiedyś człowiekiem bardzo nerwowym, a Jezus dał mi pokój. Teraz w każdej chwili smutnej czy radosnej wiem, że On jest zawsze ze mną, że mogę do Niego przyjść, zawołać, powiedzieć Mu o mych problemach, a On mnie wysłucha. Jezus sam mówi mi jak mam rozwiązać dany problem, wystarczy tylko, że Mu o nim powiem. Dał mi także radość.

Otworzył mnie na innych ludzi. Dawniej nie potrafiłem z ludźmi rozmawiać, byłem zamknięty. Teraz jest inaczej. Szukałem szczęścia - i je znalazłem. Szczęście i radość są tak na prawdę dostępne tylko u Jezusa. To On dał mi szczęście i pełne obfitości życie.

Dariusz Knapczyk


Strona domowa To jest zycie! Poprzednie Tekst ten pochodzi z czasopisma "Wiatr" nr 6
© Wiatr